Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 28 sierpnia 2011

Do broni, panowie! Tomasz Kozłowski

Dziś coś dłuższego. I coś - w zamyśle - dla panów. Ale i panie proszę o komentarze.

Po czym poznać pantoflarza? Definicji jest wiele. Ja mam własny test. Żonatemu facetowi mówię, że jestem kawalerem i patrzę jak zareaguje. Dziś wiem, że żonaci dzielą się na dwie grupy. Na tych, którzy potrafią mi powiedzieć 'nie śpiesz się' i na tych, którzy tego nie potrafią.

Powiedział mi tak ojciec, powiedział mi tak dobry przyjaciel, powiedział mi wreszcie kumpel z pracy. Traumatyczne ofiary nieudanych związków? Skądże, każdy z nich jest szczęśliwy i ma równie szczęśliwą żonę. Jak pisał Karol Marks, klasa zyskuje świadomość, gdy przestaje być klasą w sobie, a zaczyna – dla siebie. Z małżeństwem jest podobnie. Chodzi o to, by po ślubie nie stać się mężem w sobie, czyli mężem „po prostu”, a zacząć być mężem dla siebie, czyli nie zgodzić się na usankcjonowane ślubem i obyczajem formy wyzysku faceta. Po naszemu – na sprowadzenie do poziomu pantofla. Ta walka, jak rewolucja, musi trwać.
Historie tych walk widziałem różne. Kilku moich dobrych znajomych przepadło w ich odmętach bez wieści. Ech, ileż to wódki się razem wypiło! Ileż razy, ramię w ramię, konało się na drugi dzień! Ileż górskich szlaków schodziło, rozkoszując się wespół ciszą nieprzerywaną piskliwym 'misiu, jestem zmęczona', 'już dalej nie mogę!', albo jeszcze lepiej 'ja się boję!. Do czasu!…
Wielu misiów dało się bezpowrotnie oswoić. Karnie przywdziali kaganiec i słuch po nich zaginął. Nie uświadczysz ich ani w górach, ani na wódce. Jeśli przypadkiem dają znać – to zawsze pod czujnym okiem tresera. Panowie, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Walka jest ciężka. Ale nie beznadziejna.

Niestety, jak czytamy w 'Ewolucji pożądania' psychologa Davida M. Bussa, natura relacji damsko-męskich (tych już po ślubie), działa na naszą – czyli facetów – niekorzyść. Z badań wynika, że wbrew utartym stereotypom o podporządkowywaniu się kobiet woli mężczyzny i urabianiu ich do stadium kury domowej, to właśnie mężczyźni często dają się zdominować partnerce. Z obserwacji zarówno studentów pozostających w długoletnich relacjach, jak i nowożeńców, a także małżeństw z pięcioletnim stażem (a to w dzisiejszych czasach związek dojrzały) wynika, że to właśnie faceci, a nie ich wybranki, częściej stosują taktykę ustępstw i uległości, co zresztą ich partnerki dobitnie potwierdziły w wywiadach. Pół biedy, jeśli znamy przyczynę i możemy temu zaradzić. Niestety, uczeni nie do końca wiedzą, czemu tak się dzieje. Najwyraźniej metamorfoza, jakiej ulega facet w chwili zaobrączkowania kryje w sobie wiele zagadek.

Intuicyjna odpowiedź nasuwa się sama: bezkrwawa rewolucja ostatnich lat, a więc emancypacja, feminizm i inne skrywane demony historii zrobiły swoje. Kobieta czuje się pewnie, jest silna, domaga się swoich racji, równouprawnienia, pieniędzy i posłuchu. Nic dziwnego zatem, że post-feministyczny facet to w gruncie rzeczy zahukana efemeryda, by nie rzec – oferma.
Nie dość na tym. Jeśli, jak mawiali ojcowie rewolucji, byt określa świadomość, to bytowanie w wyemancypowanej ziemi obiecanej najwyraźniej wstrząsnęło samym jądrem samczej tożsamości. Badania agencji Euro RSCG ujawniają, że ostatnio męska świadomość stała się na wskroś feministyczna. Mężczyźni doskonale wiedzą, że ażeby odpowiadać społecznym wymogom, muszą być wszechstronnie utalentowani, elastyczni, ale także emocjonalni, empatyczni, idealnie godzić pracę z rodzicielstwem itp. itd… Brzmi znajomo? Może dlatego, że jeszcze stosunkowo niedawno tego samego wymagaliśmy od kobiet. Tak należało funkcjonować, by gładko połączyć etat 'pani domu' z drugim w zakładzie pracy. Najwyraźniej bycie panią domu staje się udziałem coraz większej liczby panów domu. Może zatem w obecnych czasach małżeństwa składają się nie tyle z męża i żony, ile z żony żeńskiej i żony męskiej?

Niestety, za tą opcją przemawia endokrynologia. Peter Gray, antropolog z University of Nevada obrał sobie za cel badań plemię Ariaal z północnej Kenii, jedną z bardzo nielicznych grup ludzkich do dziś żyjących w izolacji, co daje nadzieję zminimalizowania wpływu współczesnej sfeminizowanej kultury i wyeksponowania tego, co w nas naturalne. Gray badał poziom testosteronu u mężczyzn w wieku od 20 do 39 lat. I co się okazało? Wszyscy ci, którzy pozostawali w związkach małżeńskich, testosteronu mieli znacznie mniej niż ich rówieśnicy. Nie dość na tym. Jednak. Wśród ludu Ariaal od pokoleń praktykowana jest poligamia. Okazuje się, że poziom męskich hormonów jest odwrotnie proporcjonalny do liczby żon. Mówiąc prościej, prawdopodobieństwo metamorfozy w żonę męską rośnie wraz z liczbą żon żeńskich.
Według Graya powody obniżenia poziomu testosteronu mają przyczynę czysto praktyczną. Z chwilą, kiedy mężczyzna zdobywa wybrankę, znika konieczność dalszej rywalizacji i podejmowania walki, a, jak wiadomo, właśnie przy takich zachowaniach testosteron jest nieodzowny.
A co jeśli skłonność, by z chwilą ożenku po prostu sobie odpuścić, dotyczy nie tylko ludu Ariaal?

Wiadomo, że najdoskonalsza władza to taka, która nie jest odczuwana. Kobiety sztukę tę opanowały doskonale. Aż 75% zdominowanych mężczyzn w dalszym ciągu święcie wierzy w swą suwerenność. Kobiety zaś pozwalają im sądzić, że sami podejmują określone decyzje. Ale tak nie jest.
Z przestrachem odkryłem całe stosy stron internetowych poświęconych metodologii zdominowania mężczyzny. Panie wymieniają się poradami i doświadczeniem, sugerują optymalne rozwiązania i oferują pomoc w każdym przypadku męskiej niesubordynacji. Stosują cały wachlarz technik – od subtelnej psycho-manipulacji po filozofie Dalekiego Wschodu.
Zacznijmy od prostej terapii behawioralnej, stosowanej na co dzień. Otóż panie z powodzeniem wykorzystują techniki treserskie odkryte przez Iwana Pawłowa, który wsławił się badaniami nad swoim psem. Potęgę tych zasad przypomniała dziennikarka „New York Times”, Amy Sutherland, która przez rok pobierała nauki w szkole tresury dla zwierząt, by potem z premedytacją poznane prawidła zastosować względem męża, niejakiego Scotta. Małżonek doprowadzał ją do szału to gubiąc swoje klucze, to ustawicznie plącząc się w kuchni i zaglądając do garów, gdy ona akurat gotowała. W pierwszym przypadku Sutherland zastosowała opcję zwaną 'wygaszaniem' (przynoszącą jak dotąd świetne rezultaty u psów i trzylatków). Gdy biedaczyna biegał po mieszkaniu kolejny raz szukając kluczy i złorzecząc, był przez swą panią ostentacyjnie ignorowany. Poskutkowało. Od teraz kluczy Scott szuka ze spokojem, jeśli w ogóle je gubi. „Wzmacnianie zachowań niekompatybilnych” pomogło z kolei w oduczeniu go wtrącania się żonie w proces pitraszenia. Amy po prostu postawiła mu miskę z chipsami (sic!) na drugim końcu domu. Scottie natrafiał na nią i zapominał o bożym świecie. Wsuwając swój przysmak pozostawał w bezpiecznej odległości od kuchni, a z czasem w ogóle oduczył się zaglądania tam bez pozwolenia.
Ale by odkryć złote zasady nie trzeba czytać Timesa. Panie na rodzimych forach mówią wprost: ignoruj to, co niepożądane, nagradzaj to, co dobre. Czyli np. pierz tylko te skarpetki, które mąż włoży do kosza z brudną bielizną, a reszta niech się wala…
Jeśli metody te nie skutkują, panie stosują plan B, czyli jedną z trzech najpopularniejszych technik wywierania bezpośredniej presji. Pierwsza z nich to branie na litość à la jelonek Bambi. Robią wielkie oczęta, usteczka ściągają w wymowną podkówkę, unoszą brewki i liczą że serce partnera pęknie ze zgryzoty. Jeśli to nie podziała – dąsają się, by w niedługim czasie przeistoczyć w potwora. Nadają jacy to my jesteśmy nieczuli, paskudni, źli i tak dalej. Dla świętego spokoju – odpuszczamy a one osiągają zwycięstwo i to nawet jeśli okupione jest to wrzaskiem i łzami. Umysł, zupełnie jak u psa, uczy się w sposób skojarzeniowy: 'robię jedno – jest niemiło, robię drugie – jest święty spokój, a może nawet nagroda: miska chipsów lub słowna pochwała. Następnym razem wybieram opcję B'. I tym sposobem kobieta osiąga cel a nam wydaje się, że to my sami podjęliśmy decyzję. Umówmy się, gdyby psa nikt nie głaskał, nie byłoby mowy o aportowaniu.

Jeśli presja bezpośrednia zawodzi, kobiety stosują najgroźniejszą broń, które brzmi: 'w porządku, dziś śpisz na kanapie'. Cios poniżej pasa. Na męski umysł działa to wyjątkowo silnie z racji naszej strategii reprodukcyjnej. Perspektywa cichych dni a tym samym – odwieszenia seksu na przysłowiowy kołek jest jednym z najskuteczniejszych motywatorów. Mężczyzna od tysięcy lat ewolucji uczony jest przez matkę naturę by poszukiwać okazji do seksu wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Tak było dawniej, dziś natomiast zmuszony jest realizować swoje potrzeby ze znacznie mniejszą liczbą partnerek, niż by zazwyczaj chciał. Jeśli więc odbierze mu się ten ostatni bastion – wielce prawdopodobne, że się ukorzy. Panowie, nie łudźmy się, że kobiety oszczędzą nas i nasz najczulszy punkt.
Ale to nie koniec. Wspominałem już o filozofiach dalekowschodnich? Otóż na jednym z forów ze zdumieniem odkryłem, że panie celem zniewolenia partnera stosują mądrości zaczerpnięte z… jujitsu. 'Techniki negocjacji' – by użyć ichniejszej terminologii – sprowadzają się do kilku niezachwianych zasad:
a) nie atakuj stanowiska rozmówcy, ale patrz poza nie (oznaczać to ma, mniej więcej, że facet jest tylko facetem i nie do końca rozumie czemu mówi to, co właśnie mówi)
b) przekształcaj atak na siebie w atak na konkretny problem (czyli uświadom mu, że cokolwiek się nie dzieje, to nie twoja wina)
I wreszcie – moja ulubiona:
c) zadawaj pytania i milcz.
Jeżeli zatem dostrzeżesz znamiona podobnych manipulacji, możesz być pewien, że eksperymenty z tobą w roli głównej trwają w najlepsze.

Czy męska przyszłość faktycznie rysuje się w tak czarnych barwach? To zależy. Teoretycznie problem ten wcale nie jest nowy. Takie strategie urabiania stosowane były od dawna a mąż-pantoflarz od wieków stanowił przedmiot kpin. Emancypacja pozwoliła jedynie oficjalnie owe kobiece techniki dominacji nazwać. Panie mówią o nich otwarcie i są z nich dumne. Nam, mężczyznom, pozostaje za to odrobina zdrowego rozsądku i Horacjański złoty środek. Sprawnie funkcjonujący związek i dobre porozumienie, nawet za cenę zmycia kilku garów czy posłusznego wrzucania skarpetek we wskazane miejsce, to wciąż rzeczy warte zachodu. Problem pojawia się wtedy, gdy – mówiąc po socjologicznemu – mężczyzna porzuca swą grupę odniesienia. W przekładzie na polski – rezygnuje dla 'swej lepszej połówki' z towarzystwa najlepszych kumpli. Bezwarunkowo. A przebywanie w takim otoczeniu dla męskiej psychiki jest nieocenione: działa oczyszczająco (odstresowuje), motywująco (wszak lubimy się czymś przed kolegami pochwalić) i pozwala nabrać szerszej perspektywy (my również – jak kobiety – lubimy wymianę doświadczeń).
Warto zresztą pamiętać, że tylko wtedy pozostaniemy dla swej partnerki dłużej atrakcyjni. Pozory mogą mylić, ale dobrze ułożony facet, który gotów jest wszystkiemu ochoczo przyklasnąć – u płci pięknej nie budzi krztyny szacunku. Warto uderzyć w inny ton. O ile nas do działania motywuje perspektywa braku seksu, o tyle kobiety niezwykle silnie motywuje zazdrość. Mały powodzik, umiejętnie zapodany, choćby i dyskretnym obejrzeniem się za inną i nasza partnerka w mig poczuje, że grunt pod jej pantoflami wciąż się rusza. Jak wiemy, miłość to odwieczna wojna, dlatego, bez skrupułów, klina – klinem. Jak mawiał Frank Slade, niezapomniany pułkownik z filmu 'Zapach kobiety', niewidomy koneser niewiast grany przez Ala Pacino, 'The day we stop lookin’, Charlie, is the day we die'. Skurczybyk miał cholernie dużo racji.


www.tomasz-kozlowski.pl

Artykuł z www.charaktery.eu
http://www.charaktery.eu/blog/17049/Tomasz_Kozlowski/6416/Do-broni-panowie/kat-698-1/
http://wsnhid.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz