Dziś coś dłuższego. I coś - w zamyśle - dla panów. Ale i panie proszę o komentarze.
Po czym poznać pantoflarza? Definicji jest wiele. Ja mam własny
test. Żonatemu facetowi mówię, że jestem kawalerem i patrzę jak
zareaguje. Dziś wiem, że żonaci dzielą się na dwie grupy. Na tych,
którzy potrafią mi powiedzieć 'nie śpiesz się' i na tych, którzy tego
nie potrafią.
Powiedział mi tak ojciec, powiedział mi tak dobry
przyjaciel, powiedział mi wreszcie kumpel z pracy. Traumatyczne ofiary
nieudanych związków? Skądże, każdy z nich jest szczęśliwy i ma równie
szczęśliwą żonę. Jak pisał Karol Marks, klasa zyskuje świadomość, gdy
przestaje być klasą w sobie, a zaczyna – dla siebie. Z małżeństwem jest
podobnie. Chodzi o to, by po ślubie nie stać się mężem w sobie, czyli
mężem „po prostu”, a zacząć być mężem dla siebie, czyli nie zgodzić się
na usankcjonowane ślubem i obyczajem formy wyzysku faceta. Po naszemu –
na sprowadzenie do poziomu pantofla. Ta walka, jak rewolucja, musi
trwać.
Historie tych walk widziałem różne. Kilku moich dobrych
znajomych przepadło w ich odmętach bez wieści. Ech, ileż to wódki się
razem wypiło! Ileż razy, ramię w ramię, konało się na drugi dzień! Ileż
górskich szlaków schodziło, rozkoszując się wespół ciszą nieprzerywaną
piskliwym 'misiu, jestem zmęczona', 'już dalej nie mogę!', albo jeszcze
lepiej 'ja się boję!. Do czasu!…
Wielu misiów dało się bezpowrotnie
oswoić. Karnie przywdziali kaganiec i słuch po nich zaginął. Nie
uświadczysz ich ani w górach, ani na wódce. Jeśli przypadkiem dają znać –
to zawsze pod czujnym okiem tresera. Panowie, nikt nie mówił, że będzie
łatwo. Walka jest ciężka. Ale nie beznadziejna.
Niestety, jak
czytamy w 'Ewolucji pożądania' psychologa Davida M. Bussa, natura
relacji damsko-męskich (tych już po ślubie), działa na naszą – czyli
facetów – niekorzyść. Z badań wynika, że wbrew utartym stereotypom o
podporządkowywaniu się kobiet woli mężczyzny i urabianiu ich do stadium
kury domowej, to właśnie mężczyźni często dają się zdominować partnerce.
Z obserwacji zarówno studentów pozostających w długoletnich relacjach,
jak i nowożeńców, a także małżeństw z pięcioletnim stażem (a to w
dzisiejszych czasach związek dojrzały) wynika, że to właśnie faceci, a
nie ich wybranki, częściej stosują taktykę ustępstw i uległości, co
zresztą ich partnerki dobitnie potwierdziły w wywiadach. Pół biedy,
jeśli znamy przyczynę i możemy temu zaradzić. Niestety, uczeni nie do
końca wiedzą, czemu tak się dzieje. Najwyraźniej metamorfoza, jakiej
ulega facet w chwili zaobrączkowania kryje w sobie wiele zagadek.
Intuicyjna
odpowiedź nasuwa się sama: bezkrwawa rewolucja ostatnich lat, a więc
emancypacja, feminizm i inne skrywane demony historii zrobiły swoje.
Kobieta czuje się pewnie, jest silna, domaga się swoich racji,
równouprawnienia, pieniędzy i posłuchu. Nic dziwnego zatem, że
post-feministyczny facet to w gruncie rzeczy zahukana efemeryda, by nie
rzec – oferma.
Nie dość na tym. Jeśli, jak mawiali ojcowie
rewolucji, byt określa świadomość, to bytowanie w wyemancypowanej ziemi
obiecanej najwyraźniej wstrząsnęło samym jądrem samczej tożsamości.
Badania agencji Euro RSCG ujawniają, że ostatnio męska świadomość stała
się na wskroś feministyczna. Mężczyźni doskonale wiedzą, że ażeby
odpowiadać społecznym wymogom, muszą być wszechstronnie utalentowani,
elastyczni, ale także emocjonalni, empatyczni, idealnie godzić pracę z
rodzicielstwem itp. itd… Brzmi znajomo? Może dlatego, że jeszcze
stosunkowo niedawno tego samego wymagaliśmy od kobiet. Tak należało
funkcjonować, by gładko połączyć etat 'pani domu' z drugim w zakładzie
pracy. Najwyraźniej bycie panią domu staje się udziałem coraz większej
liczby panów domu. Może zatem w obecnych czasach małżeństwa składają się
nie tyle z męża i żony, ile z żony żeńskiej i żony męskiej?
Niestety,
za tą opcją przemawia endokrynologia. Peter Gray, antropolog z
University of Nevada obrał sobie za cel badań plemię Ariaal z północnej
Kenii, jedną z bardzo nielicznych grup ludzkich do dziś żyjących w
izolacji, co daje nadzieję zminimalizowania wpływu współczesnej
sfeminizowanej kultury i wyeksponowania tego, co w nas naturalne. Gray
badał poziom testosteronu u mężczyzn w wieku od 20 do 39 lat. I co się
okazało? Wszyscy ci, którzy pozostawali w związkach małżeńskich,
testosteronu mieli znacznie mniej niż ich rówieśnicy. Nie dość na tym.
Jednak. Wśród ludu Ariaal od pokoleń praktykowana jest poligamia.
Okazuje się, że poziom męskich hormonów jest odwrotnie proporcjonalny do
liczby żon. Mówiąc prościej, prawdopodobieństwo metamorfozy w żonę
męską rośnie wraz z liczbą żon żeńskich.
Według Graya powody
obniżenia poziomu testosteronu mają przyczynę czysto praktyczną. Z
chwilą, kiedy mężczyzna zdobywa wybrankę, znika konieczność dalszej
rywalizacji i podejmowania walki, a, jak wiadomo, właśnie przy takich
zachowaniach testosteron jest nieodzowny.
A co jeśli skłonność, by z chwilą ożenku po prostu sobie odpuścić, dotyczy nie tylko ludu Ariaal?
Wiadomo, że najdoskonalsza władza to taka, która nie jest odczuwana.
Kobiety sztukę tę opanowały doskonale. Aż 75% zdominowanych mężczyzn w
dalszym ciągu święcie wierzy w swą suwerenność. Kobiety zaś pozwalają im
sądzić, że sami podejmują określone decyzje. Ale tak nie jest.
Z
przestrachem odkryłem całe stosy stron internetowych poświęconych
metodologii zdominowania mężczyzny. Panie wymieniają się poradami i
doświadczeniem, sugerują optymalne rozwiązania i oferują pomoc w każdym
przypadku męskiej niesubordynacji. Stosują cały wachlarz technik – od
subtelnej psycho-manipulacji po filozofie Dalekiego Wschodu.
Zacznijmy
od prostej terapii behawioralnej, stosowanej na co dzień. Otóż panie z
powodzeniem wykorzystują techniki treserskie odkryte przez Iwana
Pawłowa, który wsławił się badaniami nad swoim psem. Potęgę tych zasad
przypomniała dziennikarka „New York Times”, Amy Sutherland, która przez
rok pobierała nauki w szkole tresury dla zwierząt, by potem z
premedytacją poznane prawidła zastosować względem męża, niejakiego
Scotta. Małżonek doprowadzał ją do szału to gubiąc swoje klucze, to
ustawicznie plącząc się w kuchni i zaglądając do garów, gdy ona akurat
gotowała. W pierwszym przypadku Sutherland zastosowała opcję zwaną
'wygaszaniem' (przynoszącą jak dotąd świetne rezultaty u psów i
trzylatków). Gdy biedaczyna biegał po mieszkaniu kolejny raz szukając
kluczy i złorzecząc, był przez swą panią ostentacyjnie ignorowany.
Poskutkowało. Od teraz kluczy Scott szuka ze spokojem, jeśli w ogóle je
gubi. „Wzmacnianie zachowań niekompatybilnych” pomogło z kolei w
oduczeniu go wtrącania się żonie w proces pitraszenia. Amy po prostu
postawiła mu miskę z chipsami (sic!) na drugim końcu domu. Scottie
natrafiał na nią i zapominał o bożym świecie. Wsuwając swój przysmak
pozostawał w bezpiecznej odległości od kuchni, a z czasem w ogóle
oduczył się zaglądania tam bez pozwolenia.
Ale by odkryć złote zasady
nie trzeba czytać Timesa. Panie na rodzimych forach mówią wprost:
ignoruj to, co niepożądane, nagradzaj to, co dobre. Czyli np. pierz
tylko te skarpetki, które mąż włoży do kosza z brudną bielizną, a reszta
niech się wala…
Jeśli metody te nie skutkują, panie stosują plan B,
czyli jedną z trzech najpopularniejszych technik wywierania
bezpośredniej presji. Pierwsza z nich to branie na litość à la jelonek
Bambi. Robią wielkie oczęta, usteczka ściągają w wymowną podkówkę,
unoszą brewki i liczą że serce partnera pęknie ze zgryzoty. Jeśli to nie
podziała – dąsają się, by w niedługim czasie przeistoczyć w potwora.
Nadają jacy to my jesteśmy nieczuli, paskudni, źli i tak dalej. Dla
świętego spokoju – odpuszczamy a one osiągają zwycięstwo i to nawet
jeśli okupione jest to wrzaskiem i łzami. Umysł, zupełnie jak u psa,
uczy się w sposób skojarzeniowy: 'robię jedno – jest niemiło, robię
drugie – jest święty spokój, a może nawet nagroda: miska chipsów lub
słowna pochwała. Następnym razem wybieram opcję B'. I tym sposobem
kobieta osiąga cel a nam wydaje się, że to my sami podjęliśmy decyzję.
Umówmy się, gdyby psa nikt nie głaskał, nie byłoby mowy o aportowaniu.
Jeśli presja bezpośrednia zawodzi, kobiety stosują najgroźniejszą
broń, które brzmi: 'w porządku, dziś śpisz na kanapie'. Cios poniżej
pasa. Na męski umysł działa to wyjątkowo silnie z racji naszej strategii
reprodukcyjnej. Perspektywa cichych dni a tym samym – odwieszenia seksu
na przysłowiowy kołek jest jednym z najskuteczniejszych motywatorów.
Mężczyzna od tysięcy lat ewolucji uczony jest przez matkę naturę by
poszukiwać okazji do seksu wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Tak było
dawniej, dziś natomiast zmuszony jest realizować swoje potrzeby ze
znacznie mniejszą liczbą partnerek, niż by zazwyczaj chciał. Jeśli więc
odbierze mu się ten ostatni bastion – wielce prawdopodobne, że się
ukorzy. Panowie, nie łudźmy się, że kobiety oszczędzą nas i nasz
najczulszy punkt.
Ale to nie koniec. Wspominałem już o filozofiach
dalekowschodnich? Otóż na jednym z forów ze zdumieniem odkryłem, że
panie celem zniewolenia partnera stosują mądrości zaczerpnięte z…
jujitsu. 'Techniki negocjacji' – by użyć ichniejszej terminologii –
sprowadzają się do kilku niezachwianych zasad:
a) nie atakuj
stanowiska rozmówcy, ale patrz poza nie (oznaczać to ma, mniej więcej,
że facet jest tylko facetem i nie do końca rozumie czemu mówi to, co
właśnie mówi)
b) przekształcaj atak na siebie w atak na konkretny problem (czyli uświadom mu, że cokolwiek się nie dzieje, to nie twoja wina)
I wreszcie – moja ulubiona:
c) zadawaj pytania i milcz.
Jeżeli
zatem dostrzeżesz znamiona podobnych manipulacji, możesz być pewien, że
eksperymenty z tobą w roli głównej trwają w najlepsze.
Czy męska przyszłość faktycznie rysuje się w tak czarnych barwach? To
zależy. Teoretycznie problem ten wcale nie jest nowy. Takie strategie
urabiania stosowane były od dawna a mąż-pantoflarz od wieków stanowił
przedmiot kpin. Emancypacja pozwoliła jedynie oficjalnie owe kobiece
techniki dominacji nazwać. Panie mówią o nich otwarcie i są z nich
dumne. Nam, mężczyznom, pozostaje za to odrobina zdrowego rozsądku i
Horacjański złoty środek. Sprawnie funkcjonujący związek i dobre
porozumienie, nawet za cenę zmycia kilku garów czy posłusznego wrzucania
skarpetek we wskazane miejsce, to wciąż rzeczy warte zachodu. Problem
pojawia się wtedy, gdy – mówiąc po socjologicznemu – mężczyzna porzuca
swą grupę odniesienia. W przekładzie na polski – rezygnuje dla 'swej
lepszej połówki' z towarzystwa najlepszych kumpli. Bezwarunkowo. A
przebywanie w takim otoczeniu dla męskiej psychiki jest nieocenione:
działa oczyszczająco (odstresowuje), motywująco (wszak lubimy się czymś
przed kolegami pochwalić) i pozwala nabrać szerszej perspektywy (my
również – jak kobiety – lubimy wymianę doświadczeń).
Warto zresztą
pamiętać, że tylko wtedy pozostaniemy dla swej partnerki dłużej
atrakcyjni. Pozory mogą mylić, ale dobrze ułożony facet, który gotów
jest wszystkiemu ochoczo przyklasnąć – u płci pięknej nie budzi krztyny
szacunku. Warto uderzyć w inny ton. O ile nas do działania motywuje
perspektywa braku seksu, o tyle kobiety niezwykle silnie motywuje
zazdrość. Mały powodzik, umiejętnie zapodany, choćby i dyskretnym
obejrzeniem się za inną i nasza partnerka w mig poczuje, że grunt pod
jej pantoflami wciąż się rusza. Jak wiemy, miłość to odwieczna wojna,
dlatego, bez skrupułów, klina – klinem. Jak mawiał Frank Slade,
niezapomniany pułkownik z filmu 'Zapach kobiety', niewidomy koneser
niewiast grany przez Ala Pacino, 'The day we stop lookin’, Charlie, is
the day we die'. Skurczybyk miał cholernie dużo racji.
www.tomasz-kozlowski.pl
Artykuł z www.charaktery.eu
http://www.charaktery.eu/blog/17049/Tomasz_Kozlowski/6416/Do-broni-panowie/kat-698-1/
http://wsnhid.pl/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz